wtorek, 21 sierpnia 2018

Moja mała tęcza


Ten wpis powstał, ponieważ ostatnio znów spotkałam się w jakiejś rekonstruktorskiej "pigułce dla początkujących" z mitem, jakoby kolory z naturalnego barwienia były zgaszone, bure, w typie oliwkowych zieleni, jasnych żółci, szarości, brązów i tak dalej.


(jakieś żółtości z dawnych barwień)

Oraz dlatego, że na pokazie, który z VPP robiliśmy w Kętrzynie na Jarmarku Św. Jakuba poza trollowaniem Krzyżaków, zajmowaliśmy się także uczciwym rzemieślniczeniem i z barwierskich eksperymentów wyszło mi sporo ładnych odcieni.
Zdjęcia nie są super, ale mniej więcej oddają kolory.



Na pokazie barwiłam indygo i marzanną. W planach była też rezeda, ale brakowało mi jednego garnka, a drugiego dnia żal mi było wylać czerwony barwnik.

Z ciekawostek - korzystałam z wody z fontanny miejskiej, która sobie radośnie ciurkała na środku placyku, gdzie byliśmy rozbici, nie mam pojęcia, jak mogło to wpłynąć na odcienie :D

Marzanna była przefermentowana i zaprawiona sodą oczyszczoną. Jest to ciekawe, bo marzanna "nie zasadowa" daje odcienie raczej ciepłe, czasem w kierunku pomarańczu, natomiast "zasadowa" chłodne, bardziej różowe, będące fajną podstawą pod dwuetapowe barwienie, którego oczywiście nie mogłam sobie w tych okolicznościach przyrody odpuścić.



Od lewej - marzanna + indygo na jasnoszarym podkładzie, marzanna na średnio-szarym podkładzie z odrobiną indygo, marzanna na leciutkiej szarości, marzanna na bieli, kolejne dwie marzanny na bieli, marzanna + indygo. A na dużym kawałku widocznym na zdjęciach marzanna na białej surówce wełnianej.
Najlepsze jest to, że te fiolety jeszcze wyładniały kiedy indygo się do końca utleniło :) 

Niebieskości to wszystko indygo - na jasnych owijaczach i jasnej wełnie, na ciemniejszych owijaczach, na szarej wełnie...

I wreszcie zielony, który wyszedł wspaniale:


Podstawą była tutaj żółć, na którą szarawe owijacze zafarbowała Liba, używając do tego kwiatu nawłoci i dużej ilości ałunu. Żółty, jak widać, wyszedł prawdziwie oczobijny, pięknie nasycony, no świetny kolorek. Owijki wylądowały w mocno stężonej kadzi indygowej i wyszły w niej będąc przepięknie zielonymi :) Tak pięknie zielonymi, że teraz jestem w fazie eksperymentów nad takimi właśnie zieleniami - może za jakiś czas będzie co pokazać. 


A na koniec taka moja mała tęcza - następnym razem mam nadzieje, że będzie już na zdjęciu uzupełniona i o wyniki tych pokazowych farbowań i o to, czym się bawię obecnie - a na tapecie są dwuetapowe zielenie, koszenila (powrót po latach ;) ) oraz dwuetapowe fiolety.

Zgaszone i szarobure? Raczej nie ;)
A teraz idę zamieszać w kociołku, w którym zażółcają mi się spodnie dla kumpla - docelowo ma być trawiasta zieleń. 

2 komentarze:

  1. No i super! Piękna paleta barw! Ja też upowszechniam dowody na to, że kolory z natury nie są miałkie i pastelowe. Pytanie dotyczy połączenia marzanna+indygo - w czym najpierw farbowałaś?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Planowo najpierw marzanna, bo założyłam, że indygo + wysoka temperatura może nie wyjść najlepiej. Ale o dziwo - jeden z kłębuszków wyjęłam z marzanny taki dosyć jasny, wrzuciłam do indygo, efekt nie powalił, więc tak ło wrzuciłam z powrotem do marzanny - i po tym zabiegu nie dość, że indygo nie zrobiło nic dziwnego, to całość koloru się bardzo poprawiła :)
      Ale myślę, że bezpieczniejsza kolejność to jednak najpierw to, co na gorąco, a potem indygo.

      Usuń