niedziela, 27 maja 2018

Troll wychodzi ze średniowiecza...

... czyli coś z zupełnie innej beczki. Oj tak, bardzo, bardzo innej.

Tym razem będzie o czymś, czego pewnie większość czytelników tego bloga się raczej nie spodziewa. No może poza tymi, którzy mnie znają, albo na FB widzą moje poczynania ;)
Ale, ale, nie uprzedzajmy faktów...

"Białe do białego, czerwone do czerwonego..."

Wracam na bloga. Na początek wtręt osobisty.
Ostatni wpis był ponad rok temu. Pisałam wtedy, że mam nadzieję, iż pójdzie ku lepszemu. Uh, jakby to powiedzieć... Na chwilę poszło. A potem przez moje życie przewaliło się coś w stylu radosnego połączenia tsunami, wybuchu bomby atomowej z pomniejszymi dodatkami typu burza ogniowa i gradobicie. W efekcie przez blisko rok wygrzebywałam się (dalej się wygrzebuję) z depry i połączonych z nią rozpieprzu i demolki ogólnej. Próby szycia czegokolwiek do wczesnego reko nie pomagały - przy ręcznym szyciu jest za dużo czasu na myślenie i dalsze zagrzebywanie się w czarnej mazi. Do zleceń zresztą też ciężko mi się było zmobilizować, dalej mam kilka zaległości do skończenia. Tym bardziej do obrabiania zdjęć (szczególnie, że duża część była robiona w miejscu, które nie kojarzyło mi się najlepiej), jeszcze tym bardziej do pisania czegokolwiek. Zasadniczo to był czas zły, ciemny, paskudny i z pełnym zanurzeniem w czarnej mazi, i nie ma co więcej się rozpisywać.

Ale - "every cloud has a silver lining". Jednym z efektów rozpirzu było to, że mieszkam sobie teraz z Tesią, a z połączonej mocy naszych chaosów rodzą się inicjatywy, o jakich kiedyś bym nie pomyślała.
I o tym właśnie będzie dzisiaj. O czymś, w czym jeszcze kilka miesięcy temu zupełnie bym się nie widziała. Mianowicie - Troll wyszedł ze średniowiecza. I wylądował w XVIII w.
A wcześniej w XIX. I w początkach XX. Ale o tym napiszę przy kolejnej okazji, jak się dorobię czegoś więcej do ilustracji notek :D

The gardens at Stowe House, Thomas Rowlandson, 1785 r.
Po "Balu Szkockim" w lutym oraz udanej realizacji "Projektu Sufrażystki" na tegoroczną Manifę, XIX w i początek XX wkręciły mnie bardzo. Nie rekonstruktorsko, raczej kostiumersko - bawi mnie szycie tych strojów, wyzwania jakie przede mną stawiają, cieszy mnie to, ile uczę się przy ich tworzeniu. Ale XVIII w.? Hmmm... Nigdy mnie to datowanie jakoś specjalnie nie interesowało. Suknie piękne, ale raczej trudne do uszycia, no i te grube metry drogich tkanin. I pewnie tak by pozostało, gdyby nie to, że tegoroczny Piknik Krynoliny w Pszczynie został ogłoszony pod wezwaniem drugiej połowy XVIII w, a konkretnie datowany na lata 1751-1791. A że chciałam się tam wybrać... Cóż, trzeba było rozejrzeć się za suknią.

Wybór padł na robe en chemise, zwaną także chemise a la reine (chociaż ta druga nazwa stosować powinna się tylko do konkretnego "modelu" sukni). Dlaczego? Jest łatwa do uszycia, można ją uszyć z tkanin, które nie kosztują milionów monet, no i, inaczej niż inne suknie z epoki, nie wymaga aż tak kategorycznie sznurówki - której nie posiadam i na której szycie nie porywałam się, mając niewiele czasu, zerowe doświadczenie w takim szyciu oraz brak manekina.

Portret pani Crouh pędzla Georga Romneya
Czym właściwie jest "robe en chemise"? Ten rodzaj sukni pojawił się w latach 80' XVIII w., od razu wywołując skandal wśród szerszej publiczności, jako że zapozowała w nim królowa Maria Antonina na obrazie Elisabeth Vigee-Lebrun (sama malarka także jest ciekawą postacią). A jakże tak być może, by królowa nie dosyć, że na oficjalnym portrecie nie ma na sobie oficjalnej dworskiej sukni, to jeszcze pojawia się czymś przypominającym do złudzenia koszulę, jaką noszono pod innymi sukniami?

Portret Marii Antoniny pędzla Elisabeth Vigee-Lebrun, 1783 r.
Jednak - a może właśnie dlatego - robe en chemise szybko przyjęło się wśród arystokratek. Było lekkie, zwiewne, pasujące do sentymentalistycznych prądów myślowych, jakie się wówczas pojawiły, z ich postulatami powrotu do natury, do prostoty, do "wiejskiego życia" (które oczywiście, w przypadku arystokratek, nic wspólnego z życiem chłopstwa epoki nie miało, no ale...).
Robe en chemise szyte były z delikatnych, układających się tkanin, czasem wystarczająco cienkich, by prześwitywały przez nie spodnie warstwy ubioru, sznurówka i halki, co zresztą wykorzystywano dla efektu, np. przez użycie kolorowej spodniej spódnicy.

O taki efekt. Obraz przypisywany Marguerite Gérard
Ich charakterystyczną cechą było szycie z jednego kawałka stanika i spódnicy, także rozcięcie przodu, pozwalające na ukazanie spodniej warstwy, czasem ozdobione dodatkowo lamówką, kokardami czy frędzlą. Dekolty są ściągane wstążką czy sznureczkiem (co bezpośrednio nawiązuje do bieliźnianych koszul), często zdobione falbanami, ale są i modele gdzie mamy tylko proste ściągnięcie. Pojawiają się bufiaste rękawy, plisowane staniki, falbanki jako wykończenia.

Kobieta z listem miłosnym, Ludwig Guttenbrunn, widać spodnią spódnicę nieco dłuższą od sukni, co wykorzystałam w mojej kiecce 

Portret Lady Lemon, George Romney, widać błękitną lamówkę na rozcięciu 
Portret Izabeli Lubomirskiej, autorstwa Elisabeth Vigee-Lebrun,
patent z kwiatkami w dekolcie wykorzystałam na pikniku
Kojarzone są z bielą, ale nie tylko białe były noszone. Mamy przykłady robe en chemise wzorzystych - w kropki lub paski, a także jednolitych, zarówno w mocnych jak i pastelowych kolorach. Szczególnie podobają mi się niebieskie.

Autoportret Elisabeth Vigee-Lebrun w różowej robe en chemise, 1782 r. 

Ilustracja z żurnala mód, 1784 r, "Galerie des modes et costumes français" 
Kolejny autoportret Elisabeth Vigee-Lebrun, tym razem czarna suknia, 1790 r. 

Portret Anny Marii Friderike von Taube, autorstwa Antona Graffa


A teraz nieco o mojej sukni. Uszyta jest z bawełnianego batystu, bardzo cieniutkiego i przejrzystego. Do tego jasna koszulka z dużym dekoltem, oraz bawełniana spodnia spódnica z układającej się "koszulowej" tkaniny. Początkowo spodnie spódnice miały być dwie, ale efekt z jedną był zadowalający, Z racji bardzo ograniczonego czasu uszyłam ją maszynowo, ręcznie robiąc tylko część wykończeń. 
Na okazję pikniku dla ukształtowania odpowiedniej sylwetki użyłam poduchy na tyłek ("bum pad", chyba nie ma to polskiej nazwy, z Tesią mówimy o niej "nadupnik") oraz paskudnie niewygodnego pseudo-gorsetu by nieco wysmuklić talię i unieść biust w epokowym stylu.

Noc, bałagan, przymiarki...
Ponieważ taka suknia sama w sobie jest czymś totalnie mi obcym - te kokardy, ta słodkość, chciałam, żeby była taką totalną robe en chemise - z falbankami na rękawach i dekolcie, z kokardami, zwiewną, lekką, cienką, marszczoną, no 100%. Na co dzień nie noszę raczej bieli, więc wybrałam biel. Do tego początkowo miały być wykończenia różowe lub popularne w epoce błękitne, ale tutaj akurat ostatecznie wybrałam zielono-turkusowy materiał, jaki został mi z balowej sukni, ponieważ ma on lekki połysk, dobrze pasujący do matowej reszty - nie miałam opcji pozyskania na szybko różu czy błękitu z takim połyskiem.

Niestety, ostatecznie nie ma falbanek na dekolcie - w jakimś zaślepieniu kupiłyśmy z Tesią za mało tkaniny i już przy rękawach trzeba było kombinować, na falbankę nie starczyło, a nie miałam nic, co by się na nią nadało i robiło odpowiedni efekt. Możliwe, że jeszcze ją dorobię.
To z czego nie jestem do końca zadowolona to także długość - i tutaj zemścił się nasz błąd przy zakupie tkaniny, o ile u Tesi na długość starczyło, o tyle przy moim wzroście przydałoby się te 10-20 cm więcej. Jednak obrazy z epoki pokazują takie przykłady robe en chemise, gdzie spodnia suknia jest nieco dłuższa niż wierzchnia warstwa, co skwapliwie zastosowałam, szyjąc halkę sięgającą ziemi.
Ogólnie - tak śmiem twierdzić, że wyszło nieźle.


Kapelusz zaaranżowałam na szybko w poranek przed imprezą, jako bazę wykorzystując niedawno kupiony kapelusz słomkowy - a na nim wstążka, kwiat, ogólnie tutaj była duża dowolność, bo na kapelusze w XVIII w. pakowano co tylko wyobraźnia kapelusznikowi podpowiedziała.


Fryzura - nie idealna, ale za to wykonana metodami z epoki - w roli pomady wystąpił tłusty krem, na to puder z mąki ziemniaczanej, a objętości nadał wałek. Trochę żałuję, że jakiś czas temu skróciłam włosy, byłoby więcej "materiału" do zabawy.
No i oczywiście makijaż, dopełnienie wizerunku. Wykonany współczesnymi kosmetykami, ale mamy plan pobawić się kiedyś w wyprodukowanie i przetestowanie odpowiedników historycznych, chociaż z pominięciem toksycznych składników. A więc - bielidło dla jasnej cery, a w naszym przypadku najjaśniejszy podkład, jaki udało się dostać (okazało się to wcale niełatwym zadaniem, bo wychodzi na to, że naturalny odcień mojej skóry jest na tyle jasny, że większość jasnych podkładów mieszczących się w kwotach, jakie chciałyśmy wydać na ten jednorazowy jednak zakup, wcale nie dawała odpowiednio mocno zauważalnego efektu), puder ze skrobi ziemniaczanej, róż na policzki - współczesny, ale mam skitrane jeszcze nieco koszenili, więc jej pewnie użyjemy do eksperymentu, szminka na usta i mocne podkreślenie brwi - także współczesnym cieniem, ale epokowa wersja malowania ich przypalonym korkiem będzie do zrobienia. A, no i nieco rozświetlacza zamiast pudru perłowego. Oczu belladonną - dla błysku i tajemniczości - nie zakraplałyśmy, no bez przesady :D
Jakie to miłe - epoka, w której na legalu można się pomalować i w dodatku dokładnie wiadomo jak :) 
Selfik z makijażem i fryzurami.

Nie wiem, czy będzie jeszcze okazja polansować się w tej sukience, jeśli tak, to chciałabym poprawić dekolt (może koronkowa falbanka?), także rękawom dodać więcej fiu-bździu, no i uszyć kolorową spodnią spódnicę, bo ten efekt prześwitywania bardzo mi się podoba.

I jeszcze dwa zdjęcia z pikniku, więcej będzie, gdy pojawią się te robione przez fotografów, którzy towarzyszyli imprezie i nie omieszkam uzupełnić/napisać czegoś więcej:


Herbatka, ciasteczka, porcelana, koronkowe obrusy, lans bauns i na bogatości ;)
Zdjęcia zrobiła Tesia, poza tym, gdzie jesteśmy obydwie, które wykonała Mariola Sz.

No, i tak to wyglądała wizyta w XVIII w.
Wnioski? Rekonstrukcyjnie raczej nie moje klimaty, chociaż w odtworzeniu życia dworskiego z jego obyczajowością, rozrywkami, paskudztwami ;) widzę duuuży, o larpowanie zahaczający potencjał,  to polskie reko epoki, głównie militarne, mnie zupełnie nie kręci.
Czy coś jeszcze uszyję na tę epokę?  Kto wie, kto wie. Naszemu szyciu towarzyszyło oglądanie "Niebezpiecznych związków" - kostiumy filmowe w wersji z 88 roku są piękne i niezwykle inspirujące.
A poza tym muszę zarzucić zwyczaj szycia na ostatnią chwilę. Pięć godzin snu na trzy doby to jednak trochę mało, a pośpiech nie służy ani dokładności wykonania ani krawieckiemu levelowaniu.

W następnej notce wrócę chyba do średniowiecza, by pokazać komplet, który powstał już zeszłej wiosny i z którego jestem całkiem zadowolona, a nie doczekał się jeszcze prezentacji tutaj. Albo i nie :D 

6 komentarzy:

  1. Nadupnik to inaczej tiurniura. Niekiedy zapisywana bez 'i': 'turniura.
    Cieszę się, że wypełzłaś z mroku :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy aby na pewno? Dla mnie zawsze turniura to były te bardziej zaawansowane konstrukcje, ze stelażem, etc.
      No a poduszka to poduszka, cudów nie ma.
      W każdym razie anglojęzyczne nazewnictwo to rozróżnia, na "bum pad" i "bustle".

      Usuń
    2. Masz rację. Bardziej zbliżone, choć mocno niedoprecyzowane,jest faux-cul.

      Mi się całkiem podoba - z francuskiego tłumaczy się na dwójnasób: sztuczny tyłek albo hipokryta :)

      https://www.larousse.fr/dictionnaires/francais/faux-cul_faux-culs/33063

      Tu wzmianka w końcówce tekstu, z błędem ortograficznym:
      https://pl.wikipedia.org/wiki/Panier

      Usuń
    3. Ogólnie mam wrażenie, że nasze nazewnictwo jest mniej precyzyjne w wielu kostiumowych kwestiach :)
      A "sztuczny tyłek" fajna nazwa :D

      Usuń